Książka I’m the man: autobiografia tego gościa z Anthrax, Scott Ian


Na początku XXI podchodziłem z rezerwą, wręcz niechętnie do zespołu Anthrax. Po słabych latach dziewięćdziesiątych próbowano wmówić ludziom, że zespół powraca w wielkim stylu. We’ve Come For You All nie przemówił do mnie. Jeszcze gorzej odebrałem The Greater Of Two Evils będący odgrzewanym kotletem.

Do pamiętnego koncertu Wielkiej Czwórki na lotnisku Bemowo na ich występ cieszyłem się najmniej. Obiektywnie miejsce w tym panteonie bogów thrash metalu im się należało. Gdybym chciał być uszczypliwy to w dyskusji mógłbym stanąć po stronie Testament. Jednak występ przed Megadeth, Slayer i Metalliką zmienił moje nastawienie.

Mógłbym uciąć wywód prostym wrócił Joey Belladonna, jedyny słuszny człowiek za mikrofonem w Anthrax. Oglądanie i słuchanie ich koncertu to była prawdziwa przyjemność.

Później rzuciłem jeszcze okiem na fragmenty ich występu podczas festiwalu Przystanek Woodstock. Zespół wskoczył na odpowiednie tory moich poglądów i podąża nimi od tamtej pory.

Nowych płyt nie znam. Posłuchałem raz, może dwa jakiegoś kawałka, ale nie porwało mnie to na tyle by wracać do tych nagrań. Wróciłem do pierwszych płyt. Nie bez powodu. Lider zespołu Scott Ian napisał książkę I’m the man: autobiografia tego gościa z Anthrax.

To nie tylko historia jego życia. Wzlotów i upadków jego kariery. To zbiór faktów dotyczących początków thrash metalu, widzianych od wschodniego wybrzeża. To anegdoty, których próżno szukać w książkach o Metallice, a było ich wiele. Gitarzysta Kirk Hammett napisał wstęp do I’m the man.

W końcu ta książka to obalenie mitów, którymi mydlono oczy oddanych fanów, skłonnych zrobić wszystko jak i dla swoich muzycznych herosów. Sex, alkohol & drugs. Mając dwadzieścia parę lat ciężko będzie Ci być świętym, żyjąc pod presją kolegów i otoczenia. Taka jest prawda.

Scott Ian na spowiedzi. Pisze nie owijając w bawełnę. Nie był wierny swoim małżonkom, zażywał narkotyki i pił ile organizm zniósł. Nie dziwi jego szczerość. Nie powinien tylko tak często się tłumaczyć i usprawiedliwiać.

Książka kończy się w momencie gdy jego Anthrax ustabilizował swoją pozycję na rynku muzycznym, a życie prywatne stało się spokojne i szczęśliwe z rodziną (synem Revelem i trzecią żoną Pearl).

Nie byłoby tych wszystkich szaleństw, które wspomina Scott gdyby nie wydarzenia jakie miały miejsce. Z początkiem lat osiemdziesiątych zrodził się w Stanach thrash metal. Szybko zdobył popularność i stał się siłą napędową wielu tras, pociągając frekwencję takim tuzom jak Iron Maiden, Motörhead czy Ozzy Osbourne.

To było pięć minut thrash metalu. Z początkiem lat osiemdziesiątych mainstream pokochał grunge, a metalowe podziemie na swój piedestał wyniosło death metal. Kto przetrwał do dziś ten śmiało może mówić, że ma własną markę i gra metal.

Scott Ian pisze otwarcie jak było. Wymienia błędne decyzje w swojej karierze jakby chciał przez to wytłumaczyć się dlaczego dziś nie jest tam gdzie Metallica. Już w czasie lektury można odnieść sporo wątpliwości czy na przykład faktycznie wybór utworu na singiel promocyjny aż tak bardzo mógł zmienić kierunek kariery?

Lubie thrash i wiele wydawnictw z lat osiemdziesiątych słucha się jak przebojów disco. Ta muzyka weszła w krew. Myślę, że każde pokolenia tak ma i po latach płyty z lat młodości to miód na serce i uszy. Spójrzcie przy tym na innych jak się krzywią gdy podkręcacie mocniej potencjometr.

Anthrax wypłynął na fali mody. Ich muzyka była pełna energii, mocy i spontaniczności. Była szczera. Przetrwała wśród tych, którzy ekscytowali się gdy ukazywała się na rynku. Grupa Scotta Iana ma lepsze i gorsze tytuły. Nie ma jednak klasyka na miarę Master Of Puppets, Regin In Blood czy Rust In Peace.[1]

Nawet w czasach grunge rocka do historii przeszły takie płyty jak Pantera Vulgar Display Of Power czy Sepultura Chaos A.D. A Anthrax?

Dzięki bogu, autor nie rozkłada płyt na czynniki pierwsze. Streszcza je w sposób optymalny. Skupia się za to na faktach i wydarzeniach. Pisze w sposób ciekawy i porywający czyniąc swoją autobiografię jedną z najlepszych lektur o historii metalu.

Możecie nie lubić Anthrax. To zrozumiałe, w końcu to nie Slayer. Może pod wpływem książki zechcecie sprawdzić muzykę Scotta Ian i kolegów, z różnych etapów ich historii i wyrobicie sobie własne zdanie? Przy muzyce lub nie, sięgnijcie po I’m the man: autobiografia tego gościa z Anthrax.

___
Książka I’m the man: autobiografia tego gościa z Anthrax autorzy Scott Ian i Jon Wiederhorn, tłumaczenie Robert Filipowski, wydawnictwo In Rock, Czerwonak 2016
[1]- klasyczne płyty kolejno Metallica, Slayer i Anthrax