Koncert: Akurat, Jamal – 15.11.2005, Warszawa, klub Proxima


Wraz z rozpoczęciem nowego roku akademickiego zaczyna ożywiać się program koncertowy Warszawy. Oprócz można by rzec stałych imprez pod hasłami Kult, Hey, Voo Voo, Pidżama Porno coraz śmielej poczynają sobie nowi ulubieńcy młodego pokolenia tacy jak zespoły Akurat, Hurt, Happysad, czy Cała Góra Barwników. Wybór musi być nie łatwy, ale przy najmniej w tym roku o frekwencję nie trzeba było się martwić. Pamiętając dobry występ podczas tegorocznego Hunterfest z ulga przyjąłem wybór bielskiego Akurat.

Zimnym listopadowym wieczorem stawiliśmy się w Proximie. Na tyle wcześnie, że przyszło zmierzyć się nam z rozgrzewającą publiczność grupą Jamal. Ja rozumiem, że nie byłoby tego wieczoru zespołu Akurat gdyby nie jakaś pomoc i wsparcie od zaprzyjaźnionych zespołów. Wspólne koncerty choćby z Farben Lehre zaowocowały tym, że dziś Akurat sam wypełnia dosyć szczelnie klub Proxima. Nie może więc dziwić fakt, że Jamal dostaje szansę zaprezentowania się przed tak dużą publicznością. Popłynęły więc dźwięki reggae. Niestety wystarczyło kilka numerów żeby padło z mych ust określenie reggae z petardą w dupie. Proszę mi wybaczyć wulgarność, ale pośpiech jaki wykazywał zespół zaczynał wręcz męczyć. Wydawało mi się, że reggae to pewny specyficzny rodzaj feelingu, wręcz transu, a tutaj galopada szybko coraz szybciej. W między czasie padły jeszcze deklaracje o legalizacji zielonego zioła i już wtedy pozostałem na zupełnym nie. W końcówce nastąpiło zwolnienie tempa, ale zupełnie zniechęcony oddaliłem się do baru za ścianą co gwarantowało przynajmniej częściową izolację od Jamal.
Kosmetyka sceny i zespół Akurat pojawia się na scenie. Od początku entuzjastyczne powitanie publiczności. Chóralne śpiewy hitów z dwóch pierwszych płyt i nieustająca zabawa również przy nowszych utworach. Te wypełniły dosyć znaczną część programu. Mając w pamięci ich występ na plaży w Szczytnie przyznam się, że nie raz poczułem spore zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że ta ekipa z Bielska Białej lubi tak dać czadu. Ciekawe jak wyjdzie to na płycie, ale koncert w Proximie nabrał jeszcze szerszego rozmachu stylowego. Od bujania w rytm reggae i ska dochodzą elementy, która przy mocno wybijanym rytmie podrywają publiczność do naprawdę szaleńczej zabawy. Nie ma mowy o nudzie.
Z nowszych kompozycji największą uwagę zwróciła kompozycja z tekstem o polskiej branży płytowej. Szczere, dosadne, ale prawdziwe. Takie są wszystkie teksty wyśpiewywane przez . Znów pełen pogody ducha, kiedy trzeba uśmiechnięty, kiedy trzeba skupiony, z własną gestykulacją staje się bardzo wyraźną postacią na polskiej scenie. Być może nie kiedy dosłowność, by nie powiedzieć wulgarność, mogłaby wywoływać zniesmaczenie. Tak się jednak nie dzieje, bo podane zostają słuchaczowi z przekonującym przymrużeniem oka. Kiedy trzeba robi się poważnie, wręcz manifestacyjnie (Do prostego człowieka odśpiewanego przez jednego z fanów), kiedy indziej refleksyjnie, miło i przyjemnie.
Akurat to może nie wirtuozi. Muzyka jaką grają nie wykazuje może zbytnich ambicji kompozytorskich. Ma być tak żeby dobrze się grało, a słuchaczom dobrze słuchało. Oczywiście można by życzyć sobie większej finezji od perkusisty, może ciekawszych partii gitar, tylko po co? Zespół pozostawia to innym sam grając dla własnej przyjemności dzieląc się przy tym z innymi. Bez zbędnej kalkulacji, od początku licząc się i szanując tych, którzy stawili się pod sceną. Nie licząc się z czasem, zaskakując ponownym wyjściem na bis w momencie kiedy większa część publiczności udawał się już w stronę szatni czy barów. To było miłe spotkanie fanów ze swoimi ulubieńcami. Bez gwiazdorki, puszenia się i obrastania w piórka. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że to zwykli ludzie z talentem wychodzą do zwykłych ludzi czyniąc wspólny wieczór niezwykłym, pełnym zabawy, muzyki i śpiewu.
___
Tekst z 2005