Biohazard


Urban Discipline (1992, Roadrunner Records)
A State Of The World Address (1994, Warner Bros.)
W latach 1993 – 1994 wydawało się, że istnieje układ – Sepultura, Pantera, Biohazard i reszta świata.

Biohazard zasłynął w ludzkiej świadomości właśnie za sprawą Urban Discipline. Kolejna ich płyta A State Of The World Address była tylko potwierdzeniem klasy tego zespołu. W tym miejscu należy podkreślić, że na naszych podwórkach panowało albo bezgraniczne uwielbienie do kraciastej fali nowych zespołów albo odnoszono się do niej, w tym oczywiście również do Biohazard, z pogardą.

Nie miejsce tutaj aby dociekać kto miał rację. Jedno jest pewne, dziś w roku 2005, wiadomo, że właśnie te dwie płyty to kroki milowe w rozwoju ciężkiej muzyki. Gdybym bredził to nie porównywano by każdej następnej płyty brooklyńczyków do właśnie tych dwóch wydawnictw. Nikt też nie tęskniłby tak bardzo za płytą na miarę Urban Discipline i A State Of The World Address.
Trudno wyodrębniać obie płyty. Można lubić jedną bardziej od drugiej, to kwestia upodobania, tudzież osłuchania. Obie wypełnione energią, która sama porywa ciało do szaleńczej zabawy. Ciężko wysiedzieć lub ustać w miejscu. Wspaniale sprawdzają się na przenośnych odtwarzaczach.

Rzeczywistość nie wiele zmieniła się na dobre. Więc spokojnie możecie nałożyć słuchawki i ruszyć w miasto. Poczujecie jak uchodzi z Was agresja. Obie płyty nadają się w tym celu doskonale. Dlatego nie opisuje ich osobno. Obie uzupełniają się doskonale. Oczywiście A State Of The World Address wydaje się bardziej dojrzalsza, przy pierwszym przesłuchaniu może nawet przystępniejsza w odbiorze, ale to konsekwentny ciąg dalszy.

Biohazard stał się zdecydowanym numerem jeden dla fanów przyodzianych w kraciaste koszule. Był on niekwestionowanym liderem sceny wywodzącej się z Brooklynu. Wraz z przyjaciółmi z Dog Eat Dog, Life Of Agony, Pro Pain dostarczyli dużo nowej energii na zduszonej śmiercionośnym smrodem scenie ciężkiego rocka. Urban Discipline i A State Of The World Address to wkład Biohazard w rozwój muzyki. Interesując się rockiem nie sposób tego nie sprawdzić lub przejść obok tych płyt obojętnie.

Means To An End (2005, SPV)
Zatoczyli koło. Doszli do miejsca skąd wyszli. Ujrzeli napis exit i postanowili opuścić scenę. Przed rozstaniem chwycili jeszcze raz za instrumenty. Zagrali tak jak na początku. Z polotem, na luzie, nie pozbawieni jednak swej wściekłości. Efekt? Co najmniej zaskakujący, bo słucha się bardzo dobrze. Bez siłowania się z eksperymentami, bez szybszych niż trzeba ruchów prawą ręką. Means To An End wydaje się płytą nagraną bez jakichkolwiek oczekiwań. Sami dla siebie. I udało się. Niestety za późno, bo zespół jakby nie wierząc w jej moc postanowił się rozejść.

Nie chciałbym tu popełniać banału, że to płyta na miarę Urban Discipline czy A State Of The World Address. Skoro jednak to one wyznaczyły styl zespołu, to tym razem można napisać – udała się grupie Biohazard zaproponować coś własnego, co nie nuży, nie odstrasza i nie przypomina niczego innego jak tylko właśnie najmocniejszą ekipę z Brooklynu. Jeśli policzyć ile razy do tej pory słuchałem tej płyty to będąc szczerym wobec siebie samego napiszę, że naprawdę mi się podoba.

Nowe dźwięki, w starym stylu i co ważnie nie czyniące jakiegoś zniesmaczenia. Przeciwnie słucha się Means To An End bardzo fajnie. I jak narazie tylko ten mały krążek musi wystarczyć. Czy zespół powróci? Decyzja należy do nich, mdli mnie jednak gdy pomyśle, o tych hasłach legenda powraca…, płyta na miarę Urban… Nie można powiedzieć żeby zespół odszedł w świetle reflektorów.

Czy powróci w ich blasku? Czy pozostanie takim jakim był do tej pory, szczerym i bezkompromisowym? Czas pokaże, a za nim to nastąpi jest Means To An End , trzecia z płyt Biohazard, które warto postawić na domowej półce z płytami CD.
___
Tekst z 2005