Antigama


Resonance (2007, Relapse Records)
Resonance trzeba popić, przetrawić spokojnie każdy kęs. Jest jak bigos, który im częściej odgrzewany tym lepszy.

Nie bez powodu wspominam tutaj o tej polskiej potrawie. Podobnie jak warszawska Anitgama jest rarytasem dla cudzoziemców, ale i też przysmakiem dla rodaków, którzy nie zapomnieli co to polska kuchnia.

Skupiając uwagę na prasie drukowanej, czy też wyszukując recenzji w Internecie mam wrażenie, że zespół zrobił wielką przysługę wszystkim piszącym. Bowiem głównym tematem stała się nie muzyka zawarta na płycie, a kontrakt z Relapse Records. Doskonale zdaje sobie sprawę z wielkości wydarzenia i zaszczytu jaki przypadł grupie. Znaleźć się w katalogu wydawniczym obok takich nazw jak Neurosis, The Dillinger Escape Plan, czy Mastodon wzbudza szacunek. Antigama zawdzięcza to swojej kreatywnej przeszłości, ale przede wszystkim swojej najświeższej produkcji. Czy jednak wystarczy fakt kontraktu z najbardziej prestiżową wytwórnią na świecie do zakupu CD?

Konfrontacja z Resonance może przynieść nieoczekiwane efekty, tak jak nieprzewidywalna jest droga jaką obiera zespół na swych kolejnych wydawnictwach. Skupiając się jednak na dużych płytach jest to nie wątpliwie krok do przodu po wydanym w roku 2005 Zeroland. Jeśli starczyło czasu na osłuchanie się z poprzednim pełno programowym CD to zderzenie na linii słuchacz – głośniki, w przypadku premierowego materiału z logo Relapse nie będzie takie bolesne.

Jak wspomniałem na początku ta muzyka wymaga czasu. Innymi słowy trzeba się liczyć z tym, że zakup CD to inwestycja długotrwała i to nie na zasadzie przebój za przebojem, włączę jeszcze raz, a odkrywania kolejnych elementów tej muzycznej odysei. Szybko zorientować się można, że dźwięki stanowią swoisty atak, a broniąc się można nie zauważyć wszystkiego. Zatem konieczny jest odwet i kolejna próba podjęcia walki. Czy dostajemy jakieś szansę? Jeśli ochota na ciąg dalszy nie przejdzie nam do Barbapapex, to w tym właśnie momencie możemy odetchnąć po raz pierwszy.

Kolejnym wyróżnikiem jest oparty na spokojnym motywie gitary Shymrok. To co usłyszeć można pomiędzy wymienionymi tytułami to mięsiste riffy gitar i zróżnicowana sekcja rytmiczna ze szczególnym podkreśleniem na grę perkusisty Krzysztofa Bentkowski. To nie są masywne grindowe strzały, po których nie szybko można podnieść się z podłogi. Te dźwięki, mimo prędkości z jaką są podawane nie mają aż takiej silnej mocy rażenia. Jakby nie o nokaut chodziło, a raczej o rytuał, którego finałem będzie ostateczne zadanie ciosu. I udaje się to w postaci Unreachable i Stars.

Ostatnie dźwięki i zastanawiasz się, czy jeszcze jesteś na tym świecie. Zgadzam się z opiniami, że Antigama czerpiąc inspirację z Meshuggah proponuje dziś coś o wiele bardziej interesującego niż ich powolutku wtórni mistrzowie po fachu. Nie da się jednak egzystować z Resonance za pomocą przycisku repeat.

Płyta momentami potrafi zlać się w nierozpoznawalną ścianę hałasu, która staje się główną przyczyną zmęczenia. Potrzebny jest oddech, ale gwarantuje jedno, kolejne play to jeszcze większy bagaż wrażeń jakie wnosi z sobą ten CD. Nic jednak nie przemawia za tym, aby płyta ta weszła na jakikolwiek tron. Nie czuć bowiem aby zespół zrobił rewolucyjny przełom czy to na własnej ścieżce rozwoju, czy tym bardziej w katalogu wydawcy tego krążka.

Z rynkowego punktu widzenia płyta rarytas na obecnym rynku nowości. Jednak jej miejsce w historii wydaje się być dosyć odległe. Wszystko przed nami, a póki co, kiedy tylko przyjdzie ochota jest Resonance.
___
Tekst archiwalny z 2007