Koncert: Nyia, Orange The Juice, Licorea – 6.05.2006, Warszawa, klub Progresja


Czy zespoły, które wystąpiły 6 maja w warszawskiej Progresji zasługują na miano polskiej sceny muzycznej? Nie wydaje mi się. Ich muzyka wykracza poza granice nie tylko naszego kraju, a że rynek nie prowadzi się do końca przyzwoitymi zasadami nadzieja pozostaje w tych, którzy widzieli, słyszeli i przekażą informacje o tym dalej.

Pierwsza zaprezentowała się grupa Licorea. Od początku poczułem się tak jakby po zebranych pod sceną jeździł walec, w tą i z powrotem. Wolno, a zarazem ciężko i przytłaczająco. Lekko wkradała się w to psychodelia i patrząc na wokalistę raz przychodziło mi skojarzenie z Jimem Morrisonem z The Doors (ekspresyjny krzyk), innym razem przed oczami miałem K-vassa z Psychotropic Transcendental. Zresztą echa ich muzyki też można było się dosłyszeć. Ciężko raczej rozgrzać publiczność takimi dźwiękami. Czas występu natomiast działał na korzyść zespołu. Nie zmęczył, nie zanudził, lecz przede wszystkim pozostawił dobre wrażenie. Chętnie skorzystam z kolejnej nadarzającej się okazji zobaczenia Licorea w akcji.
Kolejny na scenie zaprezentował się Orange The Juice. Zespół okazał się wielbicielami łączenia wszystkiego z wszystkim. Jazz, grind, disco, pop, metal i co tam jeszcze chcecie. Brawa należą się nie tylko za umiejętne łączenie tych stylów muzycznych w jedną, przemyślaną całość. Największe oklaski za zespołowe, nagłe przejścia z jednego stylu w drugi. Całość zaskakiwała, w zasadzie nie było wiadomo czego możemy spodziewać się za kilka sekund. Grupa skutecznie nie pozwoliła się nikomu nudzić. Wątpię aby zespół wypierał się mikepattonowskich wpływów. Usłyszeliśmy nawet cover Faith No More, który odważe się zaryzykować, nie był najjaśniejszym punktem koncertu. Słuchałem i zrozumiałem jedną ważną rzecz. Taki styl, jakkolwiek go sobie nazwiecie, sprawdza się doskonale właśnie na żywo. Czy to słuchając Mr. Bungle, czy to Fantomasa nie ma takiego odbioru jak podczas koncertu. Występ Orange The Juice, obok pamiętnego koncertu Mike Pattona z Rahzel w 2004 roku, okazał się tego kolejnym dowodem. Muzycy ze Stalowej Woli nie tylko doskonale radzą sobie ze swoimi instrumentami, lecz dodatkowo za pomocą mimiki twarzy nadają teatralności swojemu występowi. Trudno było to objąć wszystko naraz, przez co w końcówce pojawiło się lekkie zmęczenie. Pomimo tego jednak jestem gotowy na kolejną konfrontację.
W stosunku do pomarańczowych występ zespołu Nyia upłynął nad wyraz szybko. Czadowo, intensywnie, niezwykle gęsto, a jednocześnie z dużą dawką powietrza i polotu. Wkradała się jednostajność, ale daleko było do całkowitego znużenia. Może niezbyt przebojowa, bez zrywów i niekontrolowanych ruchów ciała. Była okazja machnąć głową, ale by docenić w pełni te dźwięki należało skupić się na jej smaczkach poprzez degustacyjny odbiór. Chyba dobrze się stało, że zespół skończył o tak krótkim czasie. Zamiast znużenia pojawił się spory niedosyt na więcej.
I to było na tyle jeśli chodzi o muzykę na żywo tego wieczoru. Każdy zespół, mimo odmiennego stylu, pozostawił po sobie pozytywne wrażenie, będące zachętą by poraz kolejny wybrać się na ich występ. Do czego i was na przyszłość namawiam.
___
Tekst z 2006