Hunter


Requiem (1995, Meridian Publishing)
Wszystko zaczęło się od programu Luz nadawanego swego czasu w TVP1 i teledysku do utworu Freedom. Następnie coraz większa ilość prasowych wzmianek, aż w końcu pokazały się tu i ówdzie recenzje debiutanckiej płyty Requiem. Oceny pochlebne, pełne uznania dla zespołu, który sam, własną determinacją doprowadził do wydania tego krążka. Brak pleców której kolwiek wytwórni sprawił, że nie możliwym było zdobycie tej płyty na Górnym Śląsku. Swym zainteresowaniem grupą Hunter nie byłem jednak odosobniony. Był też kolega, który przywiózł kasetę zakupioną we Wrocławiu. Odegrana kopia pozwoliła mi nacieszyć uszy materiałem z Requiem.
Otwierający płytę Misery, teledyskowy Freedom, Żniwiarze umysłów, Requiem stały się moimi chymnami na dłuższy czas. Reszta nie ustępowała hitom.Thrash był na tamten czas moim numerem jeden i to co prezentował Hunter na swoim debiucie akceptowałem w 100 procentach. Muzyka Huntera bliska jest thrashowym herosom pokroju Metallica, czy Testament. Nie ma tu jednak mowy o bezmyślnej kopii, chcąc za wszelką cenę udowodnić, że w mieście Szczytno też tak można. Na pewno taka postawa nie zwróciłaby mojej uwagi na ten zespół. Requiem przyciąga czymś swoim, czymś co w połączeniu z dziedzictwem Bay Area daje niepowtarzalny klimat.
Kiedy tak nie rozstawałem się z moją kopią w jednej z gazet muzycznych natknąłem się na adres fan klubu. Napisałem, wyrażając chęć zakupu kasety. Odpowiedź nadeszła wraz z konkretnym cennikiem. Wysłałem kasetę i nastąpiła długa cisza. Do czasu aż pewnego dnia nadeszła przesyłka. Pozbawiony nadziei na otrzymanie swojej oryginalki, zupełnie zaskoczony otwierałem paczkę. Była w niej kaseta, plakat z autografami oraz list. Przeproszono mnie za tak długi okres oczekiwania spowodowany był rozpadem tamtego fan klubu i przejęciem spraw przez inną osobę. Szkoda, że zapodziałem gdzieś jej personalia. Chętnie podziękowałbym za tak uczciwe załatwienie sprawy. Odkryłem wówczas Requiem na nowo. Wspominam o tej sytuacji, bo jak okazać się miało wiele lat później zespół Hunter okryje się wieloma podobnymi ludźmi, dla których uczciwość, szczerość i braterstwo staną się głównymi wytycznymi bycia obok Huntera.
Kaseta z czasem zniknęła z moich zbiorów i pewnie już nigdy nie dowiem się kto przywłaszczył sobie ten mój skarb. Plakat z autografami mam do dziś. Na dzień dzisiejszy można też nabyć płytę Requiem w gustownym digipacku. I przy okazji przekonać się, że ta muzyka nic, a nic się nie zestarzała. Zawdzięcza to samym kompozycjom jak i brzmieniu płyty. Tym, którzy nie słyszeli polecam. Pozostali pewnie już dawno docenili walory tego krążka.

Medeis (1993, Mystic)
Zanim nagrano Medeis, tłumy zebrane na koncertach znały już utwory i teksty. Wydanie tego materiału było tylko przysłowiową kropką nad i. Kto bacznie obserwuje ostatnie lata działalności zespołu ten wiele jak dużo zawdzięcza Hunter Jurkowi Owsiakowi i Przystankowi Woodstock. To tam Hunter narodził się na nowo. Po latach ciszy, zaprezentował się na scenie tego festiwalu i gościł na niej jeszcze nie raz. Uhonorowaniem był Złoty Bączek, nagroda publiczności przyznana przed woodstockową publiczność w 2004 roku. Zanim w ręce zespołu trafiło to najważniejsze polskie trofeum muzyczne wszyscy zespół wydał płytę, o której teraz będzie mowa.
To swoisty the best of ostatnich lat dla Huntera. Zaczyna Fallen, a zaraz po nim Fantasmagoria. Wiadomo już, że czas zrobił swoje. Hunter nie stał w miejscu, a jego rozwój i własna wizja metalu widoczna już jest w pierwszych dwóch utworach. Drugi z nich z podniosłym refrenem uczynił go jednym z koncertowych hymnów. Jako trzeci So… mój koncertowy numer 1 Huntera. Krótki, zwięzły w swej formie doskonale sprawdza się na żywo. Dalej Greed z riffem jak nic do machania głową i wyciszeniami na złapanie oddechu. Kolejny na liście Grabasz… z klimatycznym refrenem mającym jeden z moich ulubionych fragmentów jeśli chodzi o teksty (Ja Tobie cieniem / Lecz Ty… / piekłem widzisz mnie / Czas… / … czas koi ból… / Lecz ten… będzie wiecznie trwał!!!). Mirror Of War podobnie jak wcześniejsze So… to rozpędzony thrashowy. I nadchodzi tytułowa Siódemka. Nie powtarzalny i charakterystyczny dla Huntera klimat i budowanie napięcia. Ani na krok nie ustępuje mu ósmy na liście Why? Nikt to kolejne niespełna dwuminutowe wręcz punkwe granie. Hunter wie jak nie zanudzić słuchacza. Płytę zamykają Loża Szyderców oraz Kiedy Umieram. Ważne dla zespołu utwory. Pierwszy z nich to wręcz hymn fanów zrzeszonych w fanklubach. Dzięki temu drugiemu zespół wrócił do świadomości słuchaczy. I to już koniec, zawsze jednak można wrócić to Medeis kiedy tylko ma się na to ochotę, a tej na pewno nie brakuje. Hunter udowodnił, że pomimo lat jest zespołem podążającym własną drogą. Nie łatwa to droga, ale nie ma chyba lepszej nagrody jak szacunek słuchaczy. Należy się on tym bardziej kiedy zespół ofiaruje ludziom takie owoce swej pracy jak Medeis

T.E.L.I. (2005, TC Music)
Po doskonale przyjętym Medeis zespół wychodzi z nową propozycją do swoich fanów. Tym razem za plecami ma silne (jak na razie) wsparcie swojego wydawcy, firmy TC Music. Zostawię jednak te pozamuzyczne fakty na boku, a skupię się dziś na najważniejszym. Na zawartości T.E.L.I.
Nie rozstaje się z tym krążkiem od kilu dni i od razu stwierdzić moge jedno: to zdecydowanie bardziej progresywna płyta niż jej poprzedniczka Medeis. Czy wszystkie utwory na niej zawarte staną się takimi hitami jak te na poprzednice? Hity, hitami, jedno jest pewne na pewno – Hunter znów nagrał płytę, która od początku do końca tworzy monolit. Zupełny brak wypełniaczy, tak zwanych zapchaj dziur. Włączacie play i zostajecie z T.E.L.I. od rozpoczynającego ją intro i utworu tytułowego aż po Ósemkę i zamykające całość Outro. Co was czeka w tym czasie? Kolejną porcję riffów, który już ciągną ciało na kolejne spotkanie z Hunterem na żywo. Teksty, na które jeśli nawet nie zwracasz uwagi od razu, z każdym przesłuchaniem nabierają coraz większego sensu. Melodie (Krzyk kamieni, Pomiędzy niebem a piekłem !!!), które pozostają w Tobie na długo i sam nie wiesz kiedy zaczynasz nucić je pod nosem. Doskonale wspomagają teksty, które zapuszczają głębokie korzenie w twojej świadomości. Cóż jeszcze? Produkcja? Brzmienie? Hunter nie odpuszcza na żadnym polu, więc o te względu możecie być spokojni. Zatem podsumowując należałoby stwierdzić – doskonała płyta i zakończyć ten tekst. Niech tak też się stanie, zanim jednak postawię ostatnią kropkę, napiszę coś jeszcze. Od pierwszego przesłuchania T.E.L.I. nie mogę pozbyć się uczucia, że największą inspiracją dla Huntera była najbardziej kontrowersyjna płyta ostatnich lat – St. Anger zespołu Metallica. Nie chodzi tu o brzmienie, lecz o strukturę riffów. Przykładowo weźmy początek NieRaj, czy wręcz całość Wyznawców. Oczywiście jak na zaprzeczenie akurat w tym utworze pojawia się solo, którego nie uświadczysz na płycie amerykanów. Powtarzające się w refrenie Płytkiego dołka – i ja… i ja… i ja… i ja… może z raz, ale jednak skojarzyło mi się z otwierającym St. Anger – Franctic. Abym zrozumiałym był – to nie zarzuty, za nic to nie przekreśla T.E.L.I. w moich oczach (uszach?). Powtarzałem to przy nie jednej okazji, że najbardziej dyskusyjna płyta herosów metalu okaże się prędzej czy później źródłem inspiracji, że dostrzegą ją tylko najczulsi i najdojrzalsi. Jeśli tak stało się w przypadku Pawła Draka Grzegorczyka, lidera i głównego kompozytora zespołu, to nie pozostaje nic innego jak cieszyć się.
Czas na końcową kropkę. Zachęcam was do sięgnięcia po T.E.L.I. Przeżyjcie kolejną wielką przygodę z dobrą muzyką. Co tu jeszcze pisać Hunter to muzyka przez duże M, i oby ten fakt trwał jak najdłużej. Póki co T.E.L.I. mocno gruntuje pozycję Huntera na muzycznej scenie. Przekonajcie się o tym sami i kropka.
___
Tekst z 2005