Dimmu Borgir


Godless Savage Garden (1998, EP, Nuclear Blast)
Powód zakupu tego mini albumu był jeden – umieszczono na nim fragmenty koncertu z Metalmanii 1998, na której miałem przyjemność być. Koncert mi się podobał więc taka pamiątka jak najbardziej mile widziana. Tymczasem zapis na krążku ma się nijak do tego co widziałem. I zrodziło się podejrzenie czy aby przypadkiem mój podziw dla koncertu Norwegów nie był spowodowany znużeniem koncertami Gorefest oraz Hammerfall? Trudno orzec. Nie rekompensują rozczarowania dodane nagrania studyjne. Z jednym wyjątkiem. A tytuł jego Metal Heart! Kompozycja stworzona przez Accept w wykonaniu Dimmu Borgir dostała niesamowitego pazura. Świetnie się słucha.
Nie wiem czy jednak jest sens przekonywać kogokolwiek do tego wydawnictwa z powodu jednego utworu. Oddani fani już pewnie i tak mają ten mini album w swoich kolekcjach, a pozostali, myślę, że przeżyją bez tego. Zważywszy choćby fakt, że dziś w 2004 roku zespół ma kilka innych ciekawszych wydawnictw.

Death Cult Armageddon (2003, Nuclear Blast)
Zacznę nie typowo. Od filmowej trylogii Władca Pierścieni. Najbardziej genialny film wszech czasów. Nie mówię, że nie powstanie już nigdy lepszy, ale w na dzień dzisiejszy jest to wzór niedościgniony. Zniewala jego potężna produkcja. Nie mam żadnych zastrzeżeń również do muzyki. Choć czasem kiedy na ekranie ukazuje się kraina Mordoru zastanawiam się jak genialnie byłoby wpasować w te dźwięki towarzyszące tym widokom dźwięki black metalu. Death Cult Armageddon jeszcze bardziej wzmogła mój apetyt na tego typu zestawienie.
Zaczynam podchodzić sceptycznie do tych wszystkich mega produkcji z ostatniego czasu. Coraz więcej zespołów metalowych zamiast szukać nowinek technicznych (przystawek itp.) coraz częściej przesiaduje w filharmoniach. Na rynku pojawiają się płyty przerastające formą nad treścią. Firmy fonograficzne za wszelką cenę starają się wmówić potencjalnym słuchaczom, że te genialne wydawnictwa. Tym czasem, coraz częściej człowiek czuje się zmęczony już po pierwszych kilku minutach. Zespoły odnoszące sukces płytami nagrywanymi w bardziej spartańskich warunkach, dostają większy budżet na kolejną płytę. I tu zaczyna się problem. Zapomina się o dobrej kompozycji na rzecz lepszej produkcji.
Wyjątki są, nie zaprzeczam. Będąc pewnego dnia u kuzyna odpalił mi Death Cult Armageddon. Długo się nie zastanawiałem. Od razu przypomniało mi się to co mówiłem wielu osobom – połączyć Władcę Pierścieni z black mtalem! Już w domu z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki Death Cult Armageddon, a na ekranie ukazały się ciemne widoki Mordoru! Genialne! Polecam sprawdzić.
A kiedy już to uczynicie, kiedy już wyłączycie swoje DVD, późną nocą nałóżcie słuchawki na głowę i oddajecie się w ciemności jeszcze raz tym dźwiękom.
Death Cult Armageddon to właśnie wspomniany powyżej wyjątek. Niby zespół ma już swoje kultowe osiągnięcia, ale tą płyta udało mu się zwrócić moją uwagę jak żadnym innym wydawnictwem. Diabeł tkwi w szczegółach. Death Cult Armageddon jest pierwszą płytą, gdzie w sposób tak doskonały połączono nie typową symfoniczną muzykę, lecz bardziej zbliżoną do filmowej. Efekt? Nie do opisania wręcz. Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek przelał na dźwięki w sposób tak doskonały moje wizje muzyczne. Brawo dla Dimmu Borgir za doskonałe wyczucie w czasie. O aspektach produkcyjnych nie wspominam. W parze ze świetnymi kompozycjami całość dała efekt, który w muzyce, nazwijmy to umownie symfonicznej, porównywalny jest z tym co w produkcji filmowej osiągnął Władca Pierścieni. Wzór, do którego zbliżyć się będzie chciało wielu, czas pokaże kiedy to nastąpi. Czy za dzień, za rok, za 10 lat? Na razie nie ma powodów do narzekań. Wrażeń póki co nie brakuje.
___
Tekst z 2004;