Bruce Dickinson


Skunkworks (1996, Raw Power)
Pomysł był nie zły. Połączyć to co się umie najlepiej z tym co w danej chwili najpopularniejsze. Heavy metal i grunge?

A dlaczego nie? W końcu podjął się tego nie byle kto, a sam mistrz metalowego głosu – Bruce Dickinson. Rezultat, w końcu to on jest najważniejszy, nie powalił, ale i nie rozczarował. Jeśli na siłę posłuchacie tego materiału, będziecie nim rozczarowani, ale gdy uda się Wam trafić w dokładny czas to nic tylko pozazdrościć. Według mnie płyta wytrzyma próbę czasu, zresztą już teraz wytrzymuje ją doskonale. Skunkworks jest zgoła odmienny od wszystkiego co stworzył ten człowiek.

Pamiętajcie, że jaka nie była by ta muzyka to ma ona jedno mocne ogniwo – wokalistę. A co do samych dźwięków wydobywających się z instrumentów to potrafią one zaciekawić i zwrócić na siebie uwagę. Oto płyta, która w karierze tego wokalisty żyje własnym życiem, a czy dobrym czy złym to już sami oceńcie.

The Chemical Wedding (1998, Air Raid Records)
Oto co może powstać z dźwięków gdy ma się wiatr w plecy wywołany sukcesem poprzedniej płyty Accident Of Birth. Owszem może i panował jakiś tam stres, ale czy naprawdę muzycy mieli głównie na uwadze gusta fanów? Śmiem wątpić. Chemical Wedding to płyta w pełni dojrzała, przemyślana. Na scenie heavy metal pojawiła się osoba Roya Z. Miał on wpływ również na ostateczny wizerunek tej płyty. I nie tylko tej, bo wtajemniczeni wiedzą, że Roy tchnął świeżego ducha w wiele płyt (że wspomnę o Halford czy Helloween).

Miał Bruce szczęście, po latach komercyjnych niepowodzeń wzniósł się artystycznie wyżej od tego co na Virtual XI (wydanej mniej więcej równolegle) zrobił jego ówczesny ex zespół Iron Maiden. Czy trzeba komuś rekomendować dobre płyty rockowe? W tym przypadku myślę, że nie, bo kto zna talent Bruce ten dawno tą płytę poznał.

Scream For Me Brasil (1999, Air Raid Records)
Doskonałe podsumowanie dotychczasowej solowej kariery Bruce Dickinsona. Na tej płycie znajdziecie wszystko co wzorcowa płyta koncertowa posiadać powinna: świetne utwory, doskonałe brzmienie i głośną publiczność, która ani na moment nie zawodzi wymagającego wokalistę. Co chwila słychać tu słynne Scream for me… Ta płyta da Wam pełny obraz tego jak jest na koncertach, w których główne skrzypce gra Bruce Dickinson. Dajcie się porwać magii tego krążka, porzućcie wstyd przed sąsiadami i głośno razem z brazylijskimi braćmi i siostrami dajcie się ponieś fali wywołanej przez najlepszy głos rocka. Gorąco polecam!
___
Tekst z 2002

Tyranny Of Souls (2005, Sanctuary)
Można by nabrać sporych podejrzeń co do tej płyty. Że powstała, bo wytwórnia tak chciała. Ona tez wykorzystuje festiwalowe zamieszanie macierzystej grupy Bruca, Iron Maiden przypomnę dla nie wtajemniczonych, do promocji tego materiału. W przypadku nazwisk o takiej renomie nie ma to jednak większego sensu. Wiadomo, Dickinson to nazwisko sprawdzone, oczekuje się, że na gra płytę, która nie tyle spełni oczekiwania wytwórni co przede wszystkim miłośników jego twórczości.

Nie, wcale nie chciałem przekonać się, czy wokalista nagrał jeszcze gorszą płytę od Dance Of Death Iron Maiden. Bruce Dickinson chyba już zawsze przyciągnie moją uwagę jeśli chodzi o nowe wydawnictwa. Nie inaczej jest z Tyranny Of Souls. I kiedy za mną już pierwsze kilkanaście przesłuchań powiedzieć mogę jedno – to płyta na miarę najlepszych dokonań tego wokalisty.

Otwierający Mars Witchin swym klimatem mógłby sugerować iż przeniesiemy się w klimaty rodem z doskonałej The Chemical Wedding. Wchodzący zaraz po tej introdukcji Abduction rozwiewa te domysły. Owszem równie mięsiste gitary, no i ten głos, jest więcej niż dobrze. Podobnie w kolejnym Soul Intruders. Kill Devil Hill wydaje się jakby wyciągnięty z sesji Brave New World Żelaznej Dziewicy. Zaraz po nim perełka, która pozostaje na długo czas w głowie – Navigate The Seas Of The Sun. To coś na miarę wspaniałego Tears Of The Dragon z drugiej solowej płyty wokalisty Balls To Picasso. Dalej River Of No Return, spokojnie tak aby nie popaść w sinusoidę emocji. Power Of The Sun nie pozostawia wątpliwości czy jej płyty słuchamy. Solo przypomina też kto bierze udział w sesji. Następny po nim Devil On A Hog przypomniał mi trochę niedoceniony Skunkworks. Believil to taki powrót do klimatu z The Chemical Wedding. Całość zamyka utwór tytułowy. Też chyba najbliżej mu do swojej wielkiej poprzedniczki.

Bruce dobrze czuje się w swojej od lat obranej konwencji. Płyta Tyranny Of Souls wydaje się być zlepkiem tego co najlepsze w solowej karierze Bruca. Jak dla kogoś kto nie miał jeszcze z nią do czynienia jest to świetny początek. Ci, którzy znają już ten głos i tą postać ani trochę nie powinni się poczuć zawiedzeni. To Dickinson jakiego lubimy, a przynajmniej ja.
___
Tekst z 2006