Biografia Riverside – Sen o wysokiej rozdzielczości, Maurycy Nowakowski


Nikt nie mógł przypuszczać, że książka „Riverside. Sen o wysokiej rozdzielczości” będzie miała taki koniec. Maurycy Nowakowski opisał dotychczasową dzialalność zespołu. Być może w jego założeniu było podsumować pewien etap, np. 15 lecie powstania grupy. Życie zmusiło go do dopisania najtragiczniejszego scenariuszu, niewidzialnej grubej kreski pod którą zaczyna się nowa historia.

21 lutego 2015 r. świat obiegła wiadomość, z którą trudno pogodzić się nawet dziś. W skutek zatoru płucnego zmarł Piotr Grudzień, gitarzysta i współzałożyciel zespołu Riverside. Zespół powstał z inicjatywy jego i perkusisty Piotra Kozierackiego.

Książka „Riverside. Sen o wysokiej rozdzielczości” to historia drogi od przypadku do profesjonalizmu.

Legenda tak stara jak Wars i Sawa. Dwóch muzyków jedzie ulicami stolicy. Kierowca włącza płytę. Pasażer nie spodziewa się usłyszeć takich dźwięków. Marillion to wytyczony kierunek. Cel wspólne granie. Powstaje Riverside.

Biografia ma wiele mankamentów. Przyznaje czyta się szybko, ale emocje i akcja opadają co chwila. Wplecione wywody autora na temat art rocka, prog metalu, ciągły powrót i podkreślanie istotności Porcupine Tree. Można raz i dość. Czytelnik uważny zapamięta.
Rozpisywanie się i wywody pisarskie mające na celu nakreślenie sytuacji i zdarzeń jakie miały miejsce z udziałem zespołu również często stają się nie wypałem. Weźmy chociaż sprawę polska scena muzyczna a kariera zagraniczna.

Wiele rzeczy z przeszłości zaskakuje młodych, ludzi urodzonych w latach ’80-tych i później. Życie w PRLu to abstrakcja. Maurycy Nowakowski przenosi się w czasie aby pokazać ilu polskich artystów przed Riverside próbowało swoich sił zagranicą. Maanam, Perfect, Republika? A co ich historia miała wspólnego z Riverside? Bohater (zespół) ten książki powstał i działa w innych realiach. Zresztą dziwne, temat nagle się urywa i wniosek nasuwa się taki, że to twórcy „Out of Myself” byli pierwszymi, którym ta sztuka się udała. Jeżeli ktoś z czytelników, podobnie zapewne jak autor, jest ze świata art rocka to może w to uwierzyć. Jednak choćby przez wzgląd na przeszłość Mittloffa czy Grudnia nie ukrywałbym faktu, o którym ani słowa, że pierwsze prawdziwe sukcesy odniosły, jeżeli już, zespoły ze sceny metalowej. To właśnie obok Vadera, Behemoth czy Decapitated wymienia się nazwę Riverside czy Tides From Nebula. Tych zespołów jest znacznie więcej, choćby wspomnieć niechlubny Hate, z którego wywodzi się Mittloff. Jest to wielka luka i według mnie duży błąd, który nie oddaje do końca klimatu sceny, w której porusza się zespół.

W książce sporo miejsca poświęca się życiorysom całej czwórki z Riverside. I bardzo dobrze. Biografie mają to do siebie, że początki wspólnego grania są dosyć szczegółowo opisane. W „Riverside. Sen o wysokiej rozdzielczości” nie brakuje faktów i ciekawostek. Mimo wszystko sprawy pokroju festiwalu Rock Against Terrorism czy kultowy autobus, którym przewożono fanów z Proximy do Progresji na after party po koncercie w 2005 r., zabrakło. Takich perełek znalazło by się więcej i ich źródła autor miał szukać w fan clubie.

Nie ukrywam, że przeczytał o kilku nowinkach. Rozbudzały gdy już przysypiałem czytając wywody na temat utworów z poszczególnych płyty. Zaskoczyła mnie sprawa procesu wytoczonego przez Jacka Mielnickiego (nagrał instrumenty klawiszowe na debiutancką płytę). Kompleks Dave Mustainea?*

Myślę, że pomimo toporności, momentów znużenia, powtórek typu cytat wypowiedzi i powtórzenie tych samych słów w kolejnym akapicie, wracania do spraw już opisanych i oczywistych warto sięgnąć po „Riverside. Sen o wysokiej rozdzielczości”. Zasługa w tym zespołu, który nie powinien tracić z uwagi na nienajlepszą konstrukcję całości stworzonej przez twórcę ich biografii.

Książka „Riverside. Sen o wysokiej rozdzielczości”, autor Maurycy Nowakowski, wydawnictwo In Rock, Czerwonak 2016

*- lider Megadeth został wyrzucony z zespołu Metallica przed eydaniem debiutanckiej płyty; nad faktem rozczula się do dziś, pomimo sukcesów własnej grupy, które w obliczu wyników autorów „Kill’em All” wydają się niczym