Koncert Metallica, 01.06.1999, Warszawa, stadion Gwardii


+ Apocalyptica, Monster Magnet, Mercyful Fate

Wyjazd w słoneczny poranek. Trochę gorączka i nerwy, by już po paru minutach siedzieć w autokarze wygodnie i sączyć piwko. Droga daleka, ale w wesołej atmosferze zleciała prędko. Około 14-tej ujrzeliśmy przed nami Pałac Kultury i Nauki. Przeciśnięcie się przez zakorkowane ulice i już jesteśmy pod stadionem. W jego obrębie nic konkretnego do jedzenia nie uświadczysz, zapada więc decyzja, że wchodzimy na teren stadionu. Dobrze, że głód postanowiliśmy zażegnać jeszcze przed rozpoczęciem koncertu. Kiełbasa z grilla, a w kolejce za czymś do popicia uraczyły nas pierwsze dźwięki ze sceny. No i rozczarowanie – Mercyful Fate jako pierwszy. Dlaczego??? Dzienne światło skutecznie pozbawiło uroku tego koncertu. Czy nikt już nie szanuje klasyki w tym kraju? Szkoda, wielka szkoda.
Dalej Monster Magnet, któremu bardziej przysłuchiwałem się niż oglądałem, siedząc pod drzewkiem i sącząc coś w miarę chłodnego. Wrażeń więcej przysporzyły mi osoby, które wyłapałem w tłumie (m.in. Glaca ze Sweet Noise, Maryla Rodowicz w bojówkach) niż sam koncert Monsterów. Gdzieś w okolicach pomiędzy końcem koncertu Monster Magnet a Apocalyptica więcej działo się przy stoiskach gastronomicznych do których prowadziły kilkudziesięciu metrowe kolejki (w tym miejscu należą się słowa uznania dla organizatorów oraz pozdrowienia dla skorumpowanych ochroniarzy, którzy skonfiskowane przy wejściu napoje odsprzedawali za nie małe sumy).

Koncert Apocalyptiki o ile mnie w ogóle nie porwał to przyznać trzeba, że większej ilości zebranych się podobał. Ja osobiście umieściłbym panów Finów na początku koncertu co miało by swój urok takiego sielankowego pikniku na świeżym powietrzu przy melodiach które jeszcze dziś mieliśmy usłyszeć większości przez samych mistrzów, a w ich miejsce wstawił występ Mercyful Fate, który przy tej odrobinie przy najmniej świateł (czerwone i białe) jakie otrzymała Apocalyptica wypadłby bardziej okazale. A tak usłyszeliśmy zestaw melodii, które za paręnaście minut mieliśmy usłyszeć ponownie w oryginalnym wykonaniu.

Kiedy wybrzmiały dźwięki intro i gwiazda wieczoru rozpoczęła swój występ od Breadfan zrozumiałem dlaczego taki a nie inny program tego koncertu. Wytworzył się nie mały kocioł i zamieszanie. Jedni próbowali dostać się jak najbliżej, a Ci, którzy myśleli, że będzie to sielanka jak przy poprzednich dwóch zespołach zaczęli się wycofywać.  Metallica w tym czasie przechodzi płynie do kolejnego utworu – Master Of Puppets. Pierwsze wrażenie – za cicho! Niestety pozostanie ono do końca występu, nie pozostawało nic innego jak przeciskać się bliżej sceny i głośników. One i Fight Fire With Fire ozdobione ciekawymi efektami pirotechnicznymi, po mimo promocji (jakby nie było) Garage Inc. mała ilość kowerów, przepychanki słowne Jamesa z publicznością (-No!!! -Yes -No!!! -Yes) niewyobrażalnie długie wypraszanie o bisy.

Kiedy to wszystko się skończyło miałem wrażenie, że publiczność odczuła ulgę. Mnie jakoś nie spieszyło się do autokaru. Może zmęczenie tym cało dniowym maratonem, może pamięć katowickiego koncertu sprawiły iż cieszyłem się z kolejnego zobaczonego koncertu Metalliki, ale nie byłem oczarowany tak jak za pierwszym razem. Potem zbawienne piwko z autkarowej lodówki i w drogę. Mniej więcej po godzinie okazało się, że to nie koniec wrażeń i nasz pan kierowca próbuje zafundować nam wycieczkę do Poznania. Powrót w stronę Warszawy, zakupy na stacji i… pobudka nad ranem.
___
Tekst z 2000